wtorek, 24 listopada 2015
Zero
1963 r
- Mamusiu, spójrz! - rzekł chłopczyk pokazując palcem na mężczyznę stojącego za maszyną
- Nie pokazuje się palcem. Chodź już, nie mamy czasu.
- Ale zobacz, wata cukrowa! - maluch wyrwał się z uścisku matki i pobiegł w stronę grubawego sprzedawcy z brodą sięgającą po same kostki. Chłopak chwycił za skrawek brudnego już fartucha i niepewne za niego pociągnął, zwracając przy tym uwagę na swoją osobę.
- Coś potrzebujesz? - zapytał lekko zaskoczony starzec
- Dlaczego nie ma tu kolejki? Przecież wata jest taka pyszna. - podrapał się po karku i spojrzał na dłonie mężczyzny, które były wyraźnie poparzone.
- Wiesz, podobno boją się mnie ze względu na mój wygląd. Ludzie nie patrzą na to, co masz w środku...
- Chodzi tu o jelita, serduszko i wątrobę? - zapytał chłopczyk na co starzeć zachichotał i poczochrał go po czarnych jak smoła włosach.
- Nie o to mi dokładnie chodzi. Wiesz - charakter, to co masz w głowie, o czym myślisz.
- Dla mnie ma pan zabawną brodę. Trochę przypomina mi świętego Mikołaja. - rzekł czarnowłosy i dokładnie przyjrzał się jego robocie.Trzęsącymi się dłońmi wsypywał cukier do maszyny i drewnianym patykiem mieszał co chwilę, żeby stworzyć na nim mały różowy puch. Kiedy omal nie przewrócił paczki, chłopak przestraszył się i zapytał się czy w czymś mu nie pomóc.
- Nie spokojnie, nic mi nie jest. To już przez moje lata. Niedługo zniknę z tego przeklętego świata. - ostatnie zdanie powiedział dość cicho i niewyraźnie, ale nie na tyle, żeby chłopak mógł nie usłyszeć.
- Nieprawda! Będzie pan żył długo, długo i długo. - rzekł maluch. Kiedy starzec miał już mu odpowiadać, za chłopcem stała już czterdziestoletnia kobieta z wyrazistymi zmarszczkami na twarzy, upiętymi czarnymi włosami w wysokiego koka, ubrana w lekko brudną niebieską suknię z widocznymi łatami i czarnymi pantoflami.
- Przepraszam, ale przyszłam po moją zgubę. - chwyciła chłopca za nadgarstek i obydwoje skierowali się już do niebiesko-czerwonego namiotu. Czarnowłosy ostatni raz odwrócił się do starca i z uśmiechem na twarzy pomachał do mężczyzny. Resztę drogi matka tłumaczyła chłopakowi, że nie ładnie się zachowywał, a on jak na malca przystało udawał, że żałuję mimo tego, że wcale tak nie było. Cieszył się niezwykle, że z nim porozmawiał mimo, że nie gada z obcymi, tak jak został wychowany. Chłopak z każdym postawionym krokiem radował się jeszcze bardziej, a co oznaczało coraz, to mniej metrów do namiotu w którym miało odbyć się tak długo przez niego oczekiwane przedstawienie. Kiedy był przy kasie i jego mama wyciągała dwa kolorowe bilety myślał, że jego serce zaraz wyskoczy z piersi. Był tak zadowolony, że nawet kobieta pozwoliła wybrać mu miejsce. Oczywiście było ono jak najbliżej sceny. Namiot z każdą sekundą uzupełniał się, o nową rodzinę, albo parę. Chłopczyk nie mógł powstrzymać uśmiechu, który cisnął mu się na jego bladą buzię. Był tak uradowany, że nawet nie zauważył, kiedy pomieszczenie było już tak przepełnione, że niektórzy ludzie musieli stać bo nie było miejsca. Nagle wszystkie blade światła zgasły, a na je miejsca weszły kolorowe lampki skierowane w stronę areny. Wszystkie szepty ucichły, a głowy skierowały się na wysokiego mężczyznę ubranego w czarny płaszcz sięgający do kolan i melonik tego samego koloru. Opierał się na drewnianej lasce mimo młodego wieku. Na twarzy miał wymalowany czerwoną farbą uśmiech chodź na bank był smutny i zestresowany swoim obleganym, przez publiczność pierwszym występem. Chłopak aż podskoczył z wrażenia, kiedy ten machnął nakryciem, a z niego wyleciało stado gołębi. Teraz mógł zauważyć jego równo przystrzyżone, brązowe włosy.
- Panie, panowie, chłopcy i dziewczęta, witajcie w cyrku Imaginatio. Niech zabawa się zacznie!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz